Mediolan nadal oddycha designem
Wędrówka młodego projektanta po Salone del Mobile
W latach 60. i 70. włoski design stał na czele światowego rankingu wzornictwa, niczym sztuka europejskiego renesansu. To, co reprezentuje dziś, przypomina uśpionego dinozaura, budzącego się czasami ze snu.
Salone del Mobile jest pobudką przypominającą o świetności Włoch. To tutaj należy być, by zostać zauważonym i ubiegać się o wpisanie do światowego kanonu projektantów. Podczas 46. Salone del Mobile Mediolan znów oddychał designem.
Przyjemna atmosfera Salone Satellite zaprasza do obejrzenia kreacji najmłodszych projektantów. W tym roku najbardziej wyrafinowanym przedmiotem zdawał się być obiekt APHRODITE japońskiego projektanta Tadao Hoshino, który sam określa go jako zmysłowy i misterny, niczym kobieta z płócien Botticellego.
Niekonwencjonalna kombinacja wykonana z konwencjonalnych szuflad stworzyła zupełnie nową jakość przestrzenną i znaczeniową obiektu, który swobodnie można traktować jako niezależny, stawiając na środku pokoju i podziwiając niczym rzeźbę. Inną ciekawą projektantką jest znana już Mia Cullin ze Szwecji, która prezentowała przegrodę pokojową absorbującą hałas – LOOP.
Zasłona zrobiona z pasków filcu i wełny daje poczucie prywatności i wrażenie, jakbyśmy przebywali w zacisznym zakątku ogrodu. Zaraz obok znajdował się kolejny produkt Cullin – stół SPLINTER. Rama z zespawanych kawałków metalu i szklany blat dają się dowolnie układać w zależności od potrzeb, mogąc stać się niskim stolikiem do kawy albo podręcznym stołem z podwyższonym blatem.
Malin Lundmark, również Szwedka, wspaniale opisuje samą siebie: „mieszkam i pracuję w Sztokholmie, gdzie zajmuję się designem funkcjonalnym z odrobiną poezji. Ważne jest dla mnie, aby moje produkty opowiadały jakąś historię i żeby były czymś więcej niż tylko obiektami użytkowymi. Czasami moje prace oscylują na krawędzi między scenografią, designem a instalacją”. Stoisko Lundmark było pełne zwiedzających, których urzekł jej styl i projekty, ale nikt i tak nic nie zamówił ani nie kupił. Oto druga strona rzeczywistości, kiedy jest się niezależnym i wiernym sobie projektantem. Lundmark wyznaje zasadę: „gdyby fantazja była rzeczywistością” i projektuje przedmioty i meble z porcelany, szkła i drewna. Obok szwedzkiej utylitarności można było zobaczyć także jeden (niestety) z najmniej praktycznych przedmiotów, tzn. zegarek YURA YURA japońskiego biura projektowego Design Ship TORA. Jak trafnie i dowcipnie argumentują sami autorzy, „kołyszący się zegar wygląda jak kwiat na wietrze, jego poczucie humoru powiewające w powietrzu w naturalny sposób dociera do zmysłów odbiorcy. Ten przedmiot potrafi tak zaburzyć poczucie czasu jak podczas relaksu w japońskim ogrodzie”. Bardzo poetycko, shintoistycznie i bardzo po japońsku. Jednakże przy naszym europejskim podejściu do projektowania, przedmioty bez przynależnej im funkcji stają sie bezsensowne. Na zegarze YURA YURA nie można przecież odczytać godziny.
Porzucając na razie fascynującą Japonię, warto jeszcze wspomnieć o wystawiających młodziutkich projektantkach z Polski. Magdalena Juszczak, Dorota Kabała i Maya Ober studiują w Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu i tworzą trio KOd (knockoutdesign). Ich projekty są świeże i pełne humoru. Na ich stoisku rozłożył się na podłodze niedźwiedź polarny (Polar Bear) z syntetycznej wełny – polaru. Na wystawie znalazły się również wybrane produkty z ich kolekcji Take Away, np. „Kawa i herbata” – łatwe w przechowaniu i montażu stoliki z PCV, które bez problemu można zabrać na plażę lub do parku. Ciekawa była też lampa LED Punch me! (uderz mnie) z kolekcji Knockout, włączana i wyłączana przez uderzenie w nią pięścią. „Chcesz coś lub kogoś uderzyć? Czujesz w sobie gniew? Uderz mnie! Włącz mnie! Zmień swoją energię w światło!” – to przewrotne i śmiałe zaproszenie jest świetnym komentarzem do zamiany złego humoru w coś pozytywnego. O dziewczynach z KOd na pewno jeszcze usłyszymy!
Zona Tortona
W Zona Tortona zwracała uwagę ekspozycja domu projektowego Bisazza słynącego z produkcji mozaiki. Zabawne, że w tym roku nie pokazano żadnego włoskiego projektanta. Sama ekspozycja była zaprojektowana przez urodzonego w Madrycie Jaime Hayona (znanego ze współpracy z Benetton Fabrica w latach 90.) i Studio Job. Hiszpański twórca zaprezentował instalację „Pinocchione” – wielką figurę w kształcie Pinokia, oraz zestaw wyrobów i oświetlenia dla Bisazza. Natomiast młody holendersko-belgijski duet Studio Job pokazał kolejną instalację złożoną z gigantycznych obiektów dochodzących do wysokości 3 metrów: talerza, fletu, słoja, szafy i żyrandola, wszystko pokryte wspaniałą biało-złotą mozaiką. Przedmioty te nie mają żadnej funkcji użytkowej, po prostu są wielkie, pełne przepychu i błyszczące. Typowo włoskie.
Kolejnym cudem był teren dawnej fabryki Ansaldo, gdzie kolejki zwiedzających próbowały dostać się do stoiska Marcela Wandersa, ambitnego magika cieszącego się wielkim wsparciem finansowym sponsorów. Jego przestrzeń ekspozycyjna (200 m2) była chyba największa na całych targach. Wśród najnowszych dzieł można było zobaczyć cadillaca udekorowanego mozaiką czy sławne krzesło Crochet, przy których Wanders użył tradycyjnych wyrobów szydełkowych w nowym kontekście. Zszyte razem poszczególne szydełkowe kwiaty zostały uformowane i utwardzone żywicą. Ich otwarta struktura i lekkość tworzyły dobry kontrast z masywnym marmurowym stołem Solid White. Krzesło Crochet miało swoją premierę na Smart Deco podczas Design Miami. W Mediolanie natomiast wylądowało w basenie. Jednak Wanders, nie martwiąc się, zapewniał, że zawsze znajdzie się dobry powód do imprezowania.
Wypada też wspomnieć o życiu nocnym podczas targów. Większość stoisk była otwarta podczas imprez inaugurujących, które jak zawsze niewiele się od siebie różniły. Muzyka, koktajle i rozmowy o niczym. Cały tydzień targów był pełen przepychu i elegancji, nieodbiegającej od codziennego życia w Mediolanie, mieście mody i designu. W końcu jednak nasuwa się pytanie, po co komu cały ten blichtr, ci wszyscy designerzy w ich eleganckich okularach i ich wyszukane projekty? Drogie ofiary designu, odpowiedź jest prosta – trzeba brać udział w tej grze i stać się bogatym, by nie zostać klientem wiernym do końca życia Ikei.
Tekst Jaka Plesec
Zdjęcia Jaka Plesec, serwis prasowy
