Anna Krenz: Urodziłaś się w Polsce, ukończyłaś Państwowe Liceum Sztuk Plastycznych w Nowym Wiśniczu. I wyjechałaś do Nowego Jorku. Jakie były początki młodej adeptki sztuki tkactwa w Ameryce?
Joanna Michałowicz: Ciężkie. Przyjechałam do Nowego Jorku z nadzieją, że będę mogła studiować sztukę. To jednak musiało poczekać. Znalazłam pracę jako konserwator w galerii z antycznymi dywanami. Znajomość technik tkackich bardzo się przydała, wiedza o tym, jak jest tworzony dywan, pomaga w jego naprawie. Z liceum w Nowym Wiśniczu wyniosłam dobre podstawy.
Uczyłaś się konserwacji tkanin w Muzeum Narodowym w Krakowie. Do czego dziś służy ci ta wiedza?
Nie tyle się uczyłam, ile odbywałam tam praktyki zawodowe. To był dobry okres w moim życiu – pierwszy raz miałam do czynienia ze starymi tkaninami. Do tej pory pamiętam kolor jedwabiu, którego używałam do naprawy arrasu, tureckie namioty przywiezione spod Wiednia przez Jana III Sobieskiego i piękną pościel z sypialni Zygmunta Starego. Nauczyłam się wówczas precyzji, cierpliwości i delikatności. Poznałam kolory, które po setkach lat zmieniają się, pokrywają patyną czasu.
Studiowałaś w Parsons School of Design. Jak oceniasz tamtejsze metody nauczania, na ile edukacja pomogła ci w dalszej karierze?
To niezwykle liberalna uczelnia. Wspominam studia jako czas całkowitego oddania się sztuce. Parsons jest częścią New School, która była bazą dla niemieckich profesorów uciekających przed nazizmem w latach 30. Stworzyli oni uniwersytet na wygnaniu charakteryzujący się łączeniem dyscyplin naukowych. Artystyczna część uczelni jest oparta na ideach Bauhausu, kształci artystów i rzemieślników, zacierając różnice istniejące między profesjami. Jednym ze sposobów nauczania jest łączenie dziedzin sztuki poprzez kursy wprowadzające „o formie, materiale i kolorze”. Miałam dobrych profesorów, którzy kładli duży nacisk na indywidualność studenta, a nie na tworzenie klonów własnej twórczości. Pomagali odnaleźć własne twórcze myślenie, coś, co do dziś jest dla mnie najważniejsze.
Pracowałaś u handlarza antycznymi dywanami F.J. Hakimiana. Czego się tam nauczyłaś?
Jak przeżyć. Dzięki pracy w jego galerii byłam w stanie skończyć studia i spłacić zaciągniętą na nie pożyczkę. Nauczyłam się rekonstruować antyczne dywany, dobrze dobierać i farbować kolory oraz radzić sobie z ludźmi. Polubiłam dywany, szczególnie orientalne. To był początek drogi, której trzymam się do dzisiaj.
Rozpoczęłaś działalność na własną rękę w 2000 roku. Jakie były początki? Dlaczego wybrałaś Chiny?
Nigdy nie planowałam , że będę miała własną firmę, wydarzenia w pewnym sensie potoczyły się same. W rok po skończeniu studiów zaczęłam dusić się w Nowym Jorku. Potrzebowałam wyjazdu, żeby nabrać dystansu. Zwolniłam się z pracy. Parę tygodni później dostałam propozycję od nowojorskiej firmy French Accents, żeby uczyć tkania dywanów i rekonstrukcji antyków… w Chinach. Spędziłam tam 7 miesięcy.
Jakie masz doświadczenia z pracownikami chińskimi i nepalskimi?
Kiedy zaczęłam pracować w Chinach pod koniec lat 90., panowało tam wielkie bezrobocie. Stosunkowo łatwo było znaleźć tkaczy lub osoby, które chętnie uczyły się tego fachu. Chińskie tkaczki są pracowite, ale brak im polotu, chęci improwizacji. Wykonują polecenia, jednak nie myślą niezależnie. Cała manufaktura jest zamkniętą komórką i działa na zasadach „rodziny”, co ułatwia kontrolę właścicielowi. Kiedy ktoś ma kłopoty ze zdrowiem – wszyscy to przeżywają i odwiedzają chorego. Podobnie jest ze ślubami, narodzinami czy pogrzebami. Co jakiś czas odbywa się zebranie, podczas którego właścicielka manufaktury przemawia do pracowników, podbudowując ich morale. Odbywają się różne konkursy – najsprawniejsze tkaczki i te o największym stażu dostają nagrody. Mimo to z roku na rok jest coraz mniej ludzi chcących tkać dywany. Praca ręczna stała się w Chinach oznaką niskiego statusu społecznego. Lepiej być kelnerką lub pracować w fabryce przy taśmie produkcyjnej, niż tkać. Rękodzielnictwo jest niepopularne.
Podobnie jest w Nepalu?
Tam panuje inna atmosfera. To kraj nieustabilizowany politycznie. Stany wyjątkowe, wybuchy bomb i strajki nie wpływają dobrze na sytuację w tym małym państwie. Przy braku infrastruktury przemysłowej turystyka i dywany były jedynymi źródłami dochodu państwa. Turystów jest jednak coraz mniej, a sytuacja producentów dywanów stała się niestabilna. Właścicielami manufaktur w Nepalu są przeważnie Tybetańczycy, których przodkowie uciekli z ojczyzny. Kadra kierownicza jest już mieszana i składa się z Nepalczyków i Tybetańczyków. Natomiast tkacze to tylko Nepalczycy, których ojcowie i matki też byli tkaczami. Nepalscy tkacze są mniej zorganizowani, krosna tkackie mają porozmieszczane w prywatnych domach, gdzie rodzina tka jeden dywan, a sąsiedzi pomagają przy następnym. Każdy pracuje w swoim rytmie, próbując skończyć dywan w ustalonym terminie. Nepalscy tkacze żyją znacznie biedniej niż chińscy, pracują w gorszych warunkach, ale częściej się uśmiechają.
Jesteś perfekcjonistką, kontrolujesz cały proces twórczy: od projektu po wykonanie gotowego dywanu. Dlaczego jest to dla ciebie takie ważne?
Chciałabym mieć kontrolę nad całym procesem tworzenia. Niestety, jest to niemożliwe, chyba że tkałabym dywany sama. Moje dywany powstają daleko, jestem przy nich najwyżej cztery razy w roku i zazwyczaj widzę je na krosnach, co niewiele daje, bo dywan na końcu jest poddawany praniu i strzyżeniu. Jedyne, co mogę zrobić, to porównać kolory, sprawdzić technikę i wzór. Za każdym razem, kiedy przychodzą przesyłki z Chin, siedzę zdenerwowana w mojej pracowni i boję się na nie spojrzeć. Nie chcę się rozczarować. Od pomysłu do projektu, od projektu do próbki, od próbki do dywanu jest długa droga. Wiem, jak ma wyglądać gotowy produkt, ale czasami mam wrażenie, jakby to on sam o tym decydował… Cały proces tworzenia dywanu z nowym wzorem to dziesiątki e-maili, faksów, telefonów, próbek, zmian. W końcu ma się w ręku coś, co można zaakceptować i powiedzieć – tkajcie.
Od czego zaczyna się tworzenie dywanu?
Tu nie ma reguły. Czasami jest to zestaw kolorów, który utkwił mi w głowie i chcę go użyć, czasami myśl, że chciałabym zrobić dywan w kwiatki lub w paski, projekt prosty, kilkukolorowy lub skomplikowany. Oglądam bardzo wiele magazynów i książek, uwielbiam tkaniny, faktury i powierzchnie. Czasami, i to chyba najbardziej lubię, inspiruje mnie znalezienie jakiegoś nowego rodzaju wełny lub splotu, który chcę wykorzystać. Tak stało się w przypadku lnu i całej serii „Organic Flat – Weaves”; zafascynowanie samym gatunkiem włókna stworzyło fakturę i nieomal podyktowało kolory.
Lubię słuchać, co mówią do mnie włókna, i robić z nimi to, czego chcą. Niektóre wełny pragną być związane w grube węzły, gdzie projekt musi być prosty i bardziej geometryczny, inne znowu chcą być zmieszane z jedwabiem, żeby przyciągać wzrok swoim błyskiem. Jeszcze inne nawet nie mogą być zafarbowane – wolą występować w swoich naturalnych szarościach. Ja daję wełnom oraz włóknom czas. I to jest początek mojego tworzenia dywanu.
Technika twojej pracy opiera się zarówno na tradycyjnych technikach, jak i na eksperymentach. Jak łączysz oba te podejścia?
Znajomość tradycyjnych technik jest podstawą do tego, co można zrobić z nimi później. Zawsze jest osnowa i wątek, ale każda z tych rzeczy może wyglądać inaczej. Na przykład w płaskiej tkaninie (kilim, gobelin, aubusson) zazwyczaj używa się jednego rodzaju wełny (pomijając akcenty jedwabiu) do utkania całości. W moich aubussonach i w kilimach często łączę dwa rodzaje, a nawet dwie grubości wełny. Wzór jest wytkany z cienkiej, dokładnie skręconej wełny, a tło z grubszej, z pojedynczym, luźnym skrętem. Efekt końcowy to płaska tkanina o zróżnicowanej fakturze. Albo technika, której nadaliśmy nazwę „Velaubu” – tu przestrzeń pomiędzy wzorami jest wytkana jak dywan strzyżony, a wzór jak tkanina płaska – dzięki temu faktura przypomina aksamit z wyciśniętymi wzorami.
Na czym polega trójwymiarowość twoich dywanów? Jak ważna jest tekstura?
Nie zdawałam sobie sprawy ze znaczenia tekstury, dopóki jeden z klientów nie stwierdził, że wybiera moje dywany właśnie ze względu na powierzchnię – inną, niż zwykle się widzi. Odnalezienie trójwymiarowości w dywanach nie było artystycznym założeniem, ale raczej naturalnym efektem pracy. Dywan jako forma tkaniny to nie tylko kolor i projekt, jego faktura może zachęcać, by go dotknąć, stąpać po nim lub po prostu się położyć – ja to robię często.
Jakie wykonujesz wzory? Skąd czerpiesz pomysły?
„Asha Carpets” to tzw. custom house – jesteśmy otwarci na wykonywanie wzorów i dywanów na zamówienie. Jeżeli nasz klient ma wymyślony zestaw kolorów do danego wnętrza i zamówi dywan floralny współgrający z jego kolorami, możemy zmienić barwy w istniejącym już projekcie lub stworzyć nowy. Jestem dziewczyną, która lubi kwiatki, duże i małe, kolorowe, ale też stonowane. Zawsze robiłam i będę robić projekty z kwiatami, niezależnie od tego, czy są modne w danym roku, czy nie. Nie stronię też od abstrakcji i uwielbiam minimalizm, co w połączeniu z florą daje wiele możliwości… Wykonuję również projekty na zamówienie, dywany, które nie są tkane w naszej manufakturze. Lubię to, bo czuję się wyzwolona od presji stworzenia najlepiej sprzedającego się dywanu na rynku. Jestem otoczona kolorami, popękanym chodnikiem, dziurami w asfalcie, łuszczącą się farbą, dziesiątkami książek z mojej biblioteki. Pomysłów na projekty mam tysiące, nie jestem w stanie przelać tego wszystkiego na papier, a co dopiero na dywany. Każdy projekt jest punktem wyjścia do następnego.
Twoim celem nie jest odtwarzanie historycznych dywanów tradycyjnymi metodami, te techniki są raczej inspiracją do tworzenia interpretacji dywanów na miarę XXI wieku. Stworzyłaś również własne techniki tkania.
Patrząc na 200-letni dywan, wiem, że nie przyciąga mnie on tylko dlatego, że jest stary. To, co najbardziej mnie interesuje, to emocje, jakie we mnie wywołuje. To nie tylko kolor i wzór, ale również struktura, zużycie, faktura. Mogę zapamiętać te elementy i stworzyć współczesny dywan w abstrakcyjne wzory, oparty na strukturze i kolorach dywanu powstałego setki lat temu. Nie wymyślam nowych technik tkackich, jedynie łączę ze sobą już istniejące lub zmieniam rodzaj wełen czy długość włosa w węźle, co w efekcie tworzy dywany o „nowym” wyglądzie.
Co uważasz za najważniejsze w produkcji nowego dywanu?
Zgodność z moimi założeniami.
Kim są twoi klienci?
To przede wszystkim architekci i projektanci wnętrz, którzy urządzają mieszkania swoim klientom. Eric Cohler (znaczące nazwisko w świecie projektowania wnętrz w Nowym Jorku – przyp. red.) zamówił u mnie dywan do własnego pokoju. Mariah Carey tańczy na moim dywanie w jednym ze swoich teledysków… nie jestem do końca przekonana, czy powinnam się z tego cieszyć (śmiech).
Rozmawiała Anna Krenz
Zdjęcia archiwum projektantki, Tomasz Bereziński
